Od nadczłowieka do Dziwnego Miasta, czyli Wiewiórskiej korzenie horror modern RPG

Felietony, RPG / OPUBLIKOWANE W

To było bardzo dawno temu. Datowanie węglem, a właściwie metadane plików, wskazują, że był maj roku pańskiego 2003, kiedy po raz pierwszy zaprojektowałam współczesną przygodę do Zewu Cthulhu. Działo się to przy okazji Akademikonu – malutkiego uczelnianego konwentu organizowanego na lubelskim UMCS-ie przez Klub Grimuar. Wcześniej wiele razy prowadziłam Zew w latach 20-tych a jednak żadnej z tych przygód dla odmiany nie pamiętam. Tak. Dla odmiany. Bo niczym w kamieniu wyryła się w mej pamięci sesja z z 2003 r., która – bez wątpienia – rozpoczęła zupełnie nowy rozdział w moim eRPeGowym (i nie tylko) życiu.

To były Bestie Hitlera. Wybacz pretensjonalny tytuł – byłam wtedy nieco młodsza, trochę narwana a wyraziście wskazany w niniejszym tytule i niezwykle charakterystyczny dla wieku młodzieńczego przerost formy nad treścią, mocno się we mnie trzymał. Z resztą nie tylko w tytule sesji się to objawiało, ale co Ci będę o reszcie opowiadać. Jak łatwo można się domyśleć, rzecz obracała się dookoła motywu ubermenscha a historia sięgała wstecz do czasów przedwojennych. Działa się jednak współcześnie i to był dla mnie wielki przełom! Jak się bowiem okazało, setting nieco odpływający od kosmicznej grozy Lovecrafta, opowiadany – zanim to było modne – w anturażu pełnym reklam telewizyjnych, telefonów-w-każdym-domu i neonazistów próbujących przywrócić porządki z czasów III Rzeszy, przyjął się jak nic wcześniej. Tak oto znalazłam Graczy, którzy powiedzieli „Wyncyj!”.

Niedługo potem powstała więc Agencja Granta – zespół profesjonalnych londyńskich detektywów, w którym natknąć się można było i na byłych gliniarzy i na byłych agentów STASI i jeszcze wielu innych byłych, którym taki tryb życia odpowiadał. Żeby było śmieszniej, agencja Granta mieściła się przy Baker Street 221b. Wysypały się ze mnie przygody. Grant i jego ludzie mierzyli się choćby z Sola Scriptura – opowieścią jak z Dana Browna, z rozwiązywaniem zagadki tajemniczego manuskryptu aby zapobiec Strasznej Apokalipsie, którą ziemi zmajstrować próbował okultystyczny zakon Solarystów. A to Ragana, opowiadający o toczącej się od kilku wieków wojnie pomiędzy starożytnym litewskim demonem a najprawdziwszą wiedźmą. A to w końcu Szósta kolumna – czyli sprawa niesubordynowanego agenta pewnej bardzo niezwykłej rosyjskiej organizacji, której członków trenowano tak, aby posiedli niezwykłe moce.

Równolegle do Agencji prowadziłam wiele jednostrzałów. Było na przykład takie:
Mojave – opowiadające o dziwnych zgonach w społeczności przypominającej amerykańskich amiszów;
Eemeli – w którym Gracze rozwiązywali przeszło pięćdziesięcioletnią zagadkę o tym, w jaki sposób trzech młodych ludzi uciekło z obozu jenieckiego II wojny światowej (a zapewniam Was, że sposób ten zaniepokoiłby niejednego);
Baiae – dziwny scenariusz dziejący się we współczesnych Włoszech, z nawiązaniami do mitów i wierzeń greckich dotyczących wieszczek i wyroczni, Charona i Styksu;
– moje ulubione Goodsprings, w którym Gracze, pełniący rolę ochroniarzy świadka koronnego, niechcący trafiają do dawno opuszczonej wsi na pustyni w Nevadzie, w której kiedyś dokonano masakry;
– i w końcu Istambuł, czyli szpiegowska opowieść o agentach CIA, którzy wyruszają do Turcji w poszukiwaniu swojego kolegi, który najprawdopodobniej „odwrócił się” od swojego kraju i przepadł bez wieści. Oczywiście nie tak po prostu, bo do gry weszło uniwersum gry Kult RPG. Z sesji tej pochodzi wiekopomny kwiatek, który jakiś czas żył nawet jako mem, więc go tutaj odnotuję: „W nocy wszystkie meczety są czarne… oprócz tych białych, które są szare”.

Więcej grzechów nie pamiętam na tyle szczegółowo, aby o nich opowiadać, więc niech ta próbka wystarczy. Co by nie powiedzieć – wsiąkłam na amen a modern horror tak mocno wgryzł się w moją osobowość, że właśnie w takiej konwencji prowadzę najczęściej i do dziś. Ostatnio – kampanię Ci, którzy upadli, jedną nogą osadzoną w uniwersum gry Kult: Divinity Lost. Druga do Zewu Cthulhu, ta ze zbiorku Miłość ci wszystko wybaczy, napisała się więc niejako sama a powoli rumieńców nabierają i inne modernowe projekty, które – być może – trochę wypełnią tę niczym nieuzasadnioną lukę na polskim rynku. Jak to mówią: „się zobaczy” co to z tego wyniknie…

Dodaj komentarz