[Kult] Ci, którzy upadli: Sprawa śmierci Elliota Spring. Raport z sesji #1

Opisy sesji, RPG / OPUBLIKOWANE W

Gdy przed kamienicę na Madison Ave zajechał zdezelowany ford, sierżant Healey wymownie spojrzał na zegarek i splótł ręce w geście zniecierpliwienia. Swojej niechęci do ludzi z Wydziału Zabójstw nie zamierzał nawet ukrywać, choć nie spodziewał się, by ktokolwiek z nich w ogóle to zauważył.

Mamy trupa – rzucił tylko oschle, gdy otwierał drzwi a nowo przybyli podążyli za nim na klatkę schodową… i od razu poczuł się głupio. Przecież nie dzwoniłby po nich gdyby chodziło o kotka, który utknął na drzewie. Żeby nie wyjść na totalnego idiotę dodał więc szybko – Czegoś takiego jeszcze nie widzieliście.

Odór dopadł ich w połowie II piętra. W korytarzu kręcili się technicy w kombinezonach ochronnych i kilku młodych chłopaków z patrolówki, którym kazano zabezpieczyć teren dookoła mieszkania 18b.

Gdzie masz rękawiczki pacanie? – objechał jednego Healey. Z szeroko otwartych drzwi na końcu korytarza padało silne światło policyjnego reflektora. Murder room – pomyślał sierżant, naciągając na usta i nos maskę dzięki której śmierdziało trochę mniej – Dlaczego trupy zawsze leżą w pomieszczeniu na końcu korytarza? Mijając opartego ciężko o framugę i bladego jak ściana konstabla Younga, nabrał w płuca więcej powietrza i wszedł do środka.

Była noc 28 kwietnia 1993 r., kiedy Samuel Fire, zwany przez przyjaciół „Joe” i Preston Blackwood – dwóch gliniarzy z Wydziału Zabójstw – przekroczyło próg apartamentu 18b na drugim piętrze wieżowca przy Madison Avenue w Memphis. Naczelnik prewencji Terrence Healey ewidentnie ich nie lubił, mieli swoje zaszłości. Nie można było mu jednak odmówić, że umiał wykonywać swoją robotę. I jego ludzie też.

Zwłoki odkrył konstabl Young. Zza drzwi apartamentu na wynajem wydobywał się smród nie do zniesienia, o czym zawiadomiła mieszkanka spod numeru 21. Drzwi były zamknięte, jednak podstarzały administrator budynku na prośbę policji dostarczył klucz. Mężczyzna około 40 r.ż. na wpół wisiał na wpół siedział, przypięty kajdankami do kaloryfera. Mógł tak tkwić już od kilku dni.  Zamknięte na głucho okna pokoju ktoś skrupulatnie zakleił gazetami sprzed 2-3 tygodni a wszędzie panował ogólnie pojęty burdel – pudełka z chińszczyzną, butelki po napojach i sterta brudnych garów w małej kuchence przyklejonej do apartamentu. Smród nie do zniesienia. Wszędzie kręcili się już technicy, zbierając ślady i pakując je do przezroczystych toreb.

– „Leki” – rzucił jeden z techników, podsuwając im pod nos torebkę na dowody, zawierającą fiolkę Clonazepanu. Policyjny nos, jakby dziwnie nie brzmiałoby to w tej sytuacji, podpowiedział gliniarzom, aby sprawdzić materac stojącego nieopodal łóżka. Mała zielono-kremowa wizytówka motelu „Szósta noc” z Carbon Hill (gdziekolwiek by to nie było), która wpadła za ramę legowiska, mogła być istotnym śladem.

Za przesłuchanie sąsiadki – Cordelii Greenwood – i administratora wziął się „Joe”. Doświadczony gliniarz z prawie 20-letnim stażem był najlepszy, gdy chodziło o ciągnięcie innych za język. Baba niewiele wiedziała. Mieszkanie było wynajęte, mieszkał tu „jakiś młody człowiek”, tyle. Bystre policyjne oko nie przeoczyło jednak nietypowego zachowania jej siostrzeńca. Facet był dorosły, ale jego umysł być niczym u dziecka. Upośledzony chłopak, który na co dzień zamiatał korytarz i rysował śmieszne dziecięce rysunki ewidentnie coś wiedział. Choć trudno było to z niego wyciągnąć, chłopak zdawał się wiedzieć kim był mieszkaniec z 18b a nawet darzyć go pewną sympatią. Niewiele więcej dało się wyciągnąć od podstarzałego administratora. Mieszkanie opłacono z góry gotówką, na raz za kilka miesięcy. Pieniądze nie pytają o personalia. Do ustalenia pozostała wiec tożsamość denata, przyczyna śmierci i przede wszystkim – kto mu to zrobił?

Kiedy zwłoki dotarły do prosektorium, w obroty wziął je spec jakich mało, któremu chłopaki ufali jak swemu (i czasami pili z nim whisky). Dr Campbell wyglądał na zdrowo skonfundowanego i nie ukrywał swojej ekscytacji. W końcu nie co dzień na stół trafia pacjent z całkowitym odwróceniem trzewi. Galopująco postępująca egzostaza, czyli nienaturalne narośle kostne w okolicach barków, kręgosłupa i łokci, a do tego łuków brwiowych i szczęki również nie trafiała się często. A Campbellowi w zasadzie nigdy. Jak by nie było – trzeba było zidentyfikować denata. Pobrane przez medyka odciski linii papilarnych popłynęły gdzie trzeba a zdjęcie „CDM” – lekko już wytartej pieczątki jakiegoś klubu, odkrytej na nadgarstku trupa – wylądowało w kieszeni naszych Bohaterów. Ustalona przez Campbella przyczyna śmierci wskazywała jasno – gość zmarł z wycieńczenia. Ktoś przykuł go do kaloryfera na tak długo, że nie wytrzymał mu organizm.

Najlepszym tropem była fiolka psychotropów. Nadrukowano na niej nazwisko lekarza, niejakiej Ann Durell. Szpital Unity, czyli ten-od-czubków, mieścił się w spokojnej, zielonej części miasta. Doktor Durell była zmieszana, ale przyciśnięta przez Blackwooda wydukała w końcu, że miała nieproszonego gościa. Około 40-stki, przystojny, ciemnowłosy, wpadł do szpitala, narobił rabanu i pogroził nożem tak, że nie miała innego wyjścia. Żądał Clonazepanu i taką też receptę otrzymał. Nagrania szpitalnego monitoringu ewidentnie wskazywały, że gość zachowywał się dziwnie, chociaż coś chłopakom podpowiadało, że to gra pod publiczkę. „Fire”, wkręcony w oglądanie taśm w ciasnej stróżówce, w której siekierę można było powiesić od dymu papierosowego, ujrzał na taśmach swoje nemezis – Kwiaciarza – seryjnego zabójcę, którego zapuszkował kilka lat temu i którego sędzia posłał na krzesło elektryczne. Na szczęście to był tylko flashback i Kwiaciarza wcale na taśmach nie było. Samuelowi przeszło nawet przez chwilę przez myśl, że trzeba odstawić kokainę, ale zaraz zarzucił ten pomysł.

W międzyczasie przyszedł raport z baz danych. Trup nazywał się Elliot Spring, urodzony w 56’ w Birmingham. Jego kartoteka była pełna – kradzieże, pobicia, świadek w kilku innych sprawach. W końcu zaginięcie – poszukiwany przez rodzinę od grudnia ubiegłego roku. Pochodził z Goodsprings, małej mieściny w pobliżu Birmingham, gdzie wedle wszelkich świadectw, ciągle powinna mieszkać jego matka. Nim wyruszą na południowy wschód pozostała kwestia tajemniczej wizytówki i pieczątki klubu. Jak szybko się okazało Carbon Hill to miasteczko przy międzymiastowej na trasie pomiędzy Memphis a Birmingham. Po drodze. Trudniej było z pieczątką, ale w końcu udało się ustalić, w jakim klubie została przybita. W zasadzie trudno to nawet nazwać klubem – organizowane na dziko imprezy w opuszczonych magazynach, jakich pełno w okolicy upadającego Memphis. „Church of Dying Millenium” – tak głosiła jego pełna nazwa.

Trochę czasu zajęło im znalezienia miejsca, gdzie obywają się imprezy. Takie kluby budziły dużą ostrożność chłopaków, nic więc dziwnego, że trochę obawiali się co zastaną w środku. Na szczęście, jak się okazało, na bramce stał były gliniarz, niejaki Chang, który szybko wyczuł psy i… życzliwie zaprosił ich do środka. Wymalowane na ścianach motywy religijne ewidentnie wskazywały na przerost formy nad treścią. Dudniący w uszach i żyłach bit, lasery przecinające „świątynię” i legendarny Nathan End, właściciel Church of Dying Millenium, z którym chłopaki wcale nie mieli ochoty się spotkać (i tym razem rzeczywiście się nie spotkali). Udało im się tylko chwilę porozmawiać z Vicky Run, klubową tancerką, która wprawdzie nie wiedziała nic o Springu, ale chętnie skorzystała z koki Samuela. Czyżby fałszywy trop?

Nie zastanawiając się dłużej, panowie zapakowali się do luksusowego wozu Blackwooda (czy wspominałam, że pochodzi z bardzo zamożnej rodziny?) i ruszyli w kierunku Birmingham. Po kilku godzinach krajobraz zmienił się nie do poznania. Zielone lasy i żyzne pola ustąpiły zniszczonym przez przemysł terenom, połaciom kopalni odkrywkowych, pożółkłej trawie i wszystkim innym śmieciom, pozostawionym tutaj przez industrialistów poprzedniej epoki. Carbon Hill, mieścina z wizytówki, przylegała do międzymiastowej niczym masło do chleba. Niska zabudowa i śmiertelnie nudne otoczenie. Nic, czego nie należało się nie spodziewać. Właściciel przybytku pamiętał Springa. Mieszkał tu jakieś 3 tygodnie, płacił z góry, nie awanturował się. Dopiero po jego wyjeździe pytali o niego jacyś smutni panowie z czarnego Forda Endury. Czyżby gangsterzy? A, zostawił torbę podróżną. Zabierajcie, nic mi do tego.

Trochę kosmetyków, ubrania zaskakująco dobrej jakości i koperta z dokumentami. Co my tu mamy… Artykuły z gazet, strony wyrwane z książek i trochę osobistych notatek. Pierwszy kwit to antyk, artykuł z gazety z połowy XIX wieku o nadaniu nazwy nowej osadzie górniczej – Goodsprings. Nazwa ewidentnie pochodzi od nazwiska Raymunda Springa, właściciela South-East Steel Company. Kariera jak „od pucybuta do milionera”, w dodatku dopisało mu niebywałe szczęście, którego chyba nikt się nie spodziewał. Kolejny wycinek z 1956 roku, o wielkim pożarze tartaku w Lost Creek, w okolicach Goodsprings. Można wyczytać, że pismaki podejrzewali zwichrowaną Ruth Spring. Zaraz… Spring? Skądś znamy to nazwisko. Trzeci i czwarty artykuł to jakieś bzdury. Opowiadają losy „okultysty” (rly!) Deana Springa. Wykładowcy akademickiego, lingwisty i badacza apokryfów, który w późniejszym czasie zamordował kilka kobiet, w wyniku czego jakiś narwany policjant wpakował w niego magazynek. Tylko po co Eliot Spring gromadził te dziwactwa?! Oprócz tego wyrwana strona z książki o Goodsprings i odręcznie nabazgrane drzewo genealogiczne Springów, z na czerwono zaznaczonym w niemal każdym pokoleniu jednym z potomków… Hmm, chyba czas ruszać dalej. Do Goodprings. Co sobie myślimy, to nasze.

Po prawej przez kilka kilometrów rozciąga się zrujnowany przez Springów teren. Wielka, ogromna kopalnia, z której wydobywano od połowy poprzedniego wieku. Po lewej rozsypana na dużym obszarze mieścina pełna małych domków, osamotnionych stacji benzynowych i nielicznych budynków użyteczności publicznej. Staromodna, sięgająca pewnie początków stulecia willa Springów, położona w gąszczu przesuszonych drzew i krzewów, to przy tym niemal pałac. Standardowe „dzień dobry, policja, chcemy porozmawiać” nie łamie niechęci matki-Spring. Jest nieufna i podejrzliwa, trochę jakby niespełna rozumu. Siostra Elliota zdaje się bardziej wyrozumiała. Wprawdzie nie mówi nam niczego wprost, ale daje do zrozumienia, że Springowie mają swoje tajemnice. Informację o śmierci Elliota przyjmują niemal… z ulgą? W końcu pojawia się opryskliwy „wujek”, który zwyczajnie wyrzuca nas z domu. Nie ma to jak tutejsza gościnność.

Nie rezygnujemy. Czekamy w okolicy do nocy. Przy okazji „wujek” odjeżdża. Wślizgujemy się do posiadłości przez piwniczny zrzut na węgiel. W środku jest ciemno jak w piekle a nasza jedyna latarka daje nam znać, że kończą się w niej baterie. Suniemy przez przytłaczająco ciemną piwnicę, ciarki chodzą nam po plecach. Ceglane korytarzyki, śmierdzące stęchlizną, grzybem i czymś jeszcze ciągną się w nieskończoność. „Joe, wszystko w porządku?”. Joe widzi upośledzonego syna sąsiadki spod 21, który z wolna zamiata podłogę. Jak odurzony rwie się w tamtą stronę, coś jest nie tak. Ścigający go Preston wypada na korytarz. Na drugim końcu śnieży monitor komputera. Co?! Rzuca się w tamtą stronę, wpadając na zwałowisko drewnianych regałów. Nic tam nie ma! To tylko jakaś popieprzona halucynacja! Masywne metalowe drzwi, z pokrętłem jak do bankowego sejfu są skorodowane jakby tkwiły tu od kilkudziesięciu lat. Latarka gaśnie, pozostaje nam płomień zapalniczki. Nawet nie przejmujemy się jazgotem obracanego zamka. W środku pokoik. Zaniedbane łóżko, szafeczka, brak oświetlenia, smród niemal nie do zniesienia. Coś karze nam spojrzeć w górę…

PS: komplet handoutów do sesji „Ci, którzy upadli: Sprawa śmierci Elliota Spring” można pobrać ze strony HANDOUTY.PL! 🙂

Dodaj komentarz